Skip to content

Ulf Ekman o jedności Kościoła

Nie tak dawno, nurtem zielonoświątkowym wstrząsnęła wiadomość o decyzji pastora Ulfa Ekmana, który zdecydował się przejść na katolicyzm.
Ekman to ikona ruchu charyzmatycznego. W opozycji do państwowego Kościoła Szwecji, stworzył wielotysięczną wspólnotę ewangelikalną „Słowo Życia” w Uppsali. Zaangażował się też niezwykle mocno w pracę misyjną, głównie w krajach byłego ZSRS. Szacuje się, że na tych mocno zateizowanych terenach przyczynił się, bezpośrednio i pośrednio, do nawrócenia na chrześcijaństwo nawet stu do dwustu tysięcy ludzi. Założył dynamiczną szkołę ewangelizacji oraz prowadził kursy i wykłady w innych krajach; z tego powodu był nazywany pastorem pastorów.

Jeszcze w listopadzie, jeden z protestanckich serwisów określił go jako „autorytet dla wielu protestantów na całym świecie”. Niestety obecnie, można zauważyć próby pisania historii na nowo, deprecjonowania jego osiągnięć i odcinania się od niego.

W rozmowie z dziennikarzem brytyjskiej gazety „Catholic Herald”, Ulf Ekman podzielił się tym, co skłoniło go do uznania, że Kościół Katolicki jest Kościołem założonym przez Chrystusa, przechowującym pełnię prawdy.

http://www.catholicherald.co.uk/features/2014/04/24/megachurch-pastor-ulf-ekman-we-need-what-the-lord-has-given-to-the-catholic-church-to-live-fully-as-christians/

Co jest ważne?

Stając wobec doktrynalnego rozbicia nurtu protestanckiego, reprezentujący go chrześcijanie często powtarzają, że różnice teologiczne dotyczą rzeczy drugorzędnych, podczas gdy wszyscy protestanci zgadzają się w kwestiach zasadniczych i istotnych dla zbawienia. Wskazują przy tym, że katolicy też nie zgadzają się w wielu sprawach, więc nie ma tu wielkiej różnicy.

Co do katolików, protestanci mają częściowo rację. Kościół nigdy nie spisał i nie narzucił wiernym obowiązującego komentarza do każdej księgi i każdego wersetu Pisma Świętego. Katolicy mogą się więc, w pewnych zakreślonych granicach, różnić w interpretacji wielu scen z Ewangelii. Kościół nie wypowiedział się także jednoznacznie w niektórych kwestiach teologicznych, choćby takich, jak istnienie limbusa dla dzieci zmarłych przed chrztem (co w ostatnich latach rozpalało sporo emocji). Tu także jest miejsce na różnicę zdań.

Pozornie zatem, argument, że sytuacja katolików i protestantów jest całkowicie analogiczna – bo jedni i drudzy zgadzają się w swoim gronie w niektórych sprawach, podczas gdy w innych się różnią – wydaje się całkowicie sensowny. Tyle, że paradoksalnie nie na samym występowaniu różnic polega najważniejsza różnica!

Kluczowa różnica polega na tym, w jaki sposób określamy to, w czym możemy się różnić:

- protestanci wychodzą od tego, w czym się różnią, i to określają jako nieistotne, zaś to, w czym są zgodni, za istotne; czyli cecha istotności bądź nieistotności zależy od (aktualnego) stanu podziałów; niejako sankcjonują rzeczywistość mówiąc, skoro się w tym różnimy, to możemy się w tym różnić;

- Kościół Katolicki najpierw określa to, co jest istotne – i w głoszeniu tego obowiązuje pełna jedność (a ktoś, kto się z tym nie zgadza, w istocie nie wyznaje wiary katolickiej), a dopiero w tym, co pozostało, katolicy mogą się różnić – nie przestając być katolikami.

CO JEST WAŻNE DLA PROTESTANTÓW?

Kryterium odróżnienia rzeczy ważnych od drugorzędnych jest dla protestantów generalnie kryterium sytuacyjnym i zmiennym w czasie. To znaczy, nie określają z góry, wedle jakiejś przejrzystej zasady, które to rzeczy miałyby być istotne, np. rozumienie sakramentów (zwłaszcza chrztu i Eucharystii) bądź moralność seksualna, lecz postępują w odwrotnym porządku: obserwują istniejące różnice i te kwestie – niezależnie od ich rzeczywistej wagi dla życia chrześcijańskiego – uznają za sprawy „drugorzędne”, a tylko te, co do których w miarę panuje zbieżność poglądów, za istotne. Niekiedy próbują argumentować, że nieistotne są te sprawy, w których Biblia nie jest jednoznaczna. Tylko, że tak naprawdę jest to dokładnie ta sama zasada, tyle że inaczej wyrażona – Biblię można bowiem uznać za niejednoznaczną we wszystkich tych sprawach, w których ktokolwiek z kimkolwiek się różni!

Praktyczne zastosowanie tej zasady prowadzi do dwojakich skutków:

(i) Po pierwsze, protestanci różnią się między sobą nawet w takich kwestiach, jak co to właściwie znaczy, że Chrystus i Duch Święty są Osobami Boskimi, a także czy chrzest jest konieczny do zbawienia i czy należy chrzcić dzieci. Jednak zasada sytuacyjna wymusza, że rzeczy, które niewątpliwie są istotne, są wypychane na margines jako drugorzędne. Na niektórych stronach wspólnot protestanckich nawet ortodoksyjną wiarę w Trójcę Świętą (wyrażoną w liczącym 1700 lat nicejsko-konstynopolitańskim wyznaniu wiary) oficjalnie uznano za rzecz drugorzędną, której lepiej jednoznacznie nie rozstrzygać, bo tworzy to niepotrzebne podziały.

(ii) Po drugie, wraz z upływającym czasem, znajduje się coraz więcej grup i nurtów, które zaczynają wysuwać odmienne interpretacje w kwestiach niegdyś uważanych za nie budzące wątpliwości (i wówczas uważane za istotne!). Np. współcześnie – wbrew kilku wiekom historii nurtów reformacyjnych – ogromne rzesze protestantów nie mają nic przeciw kobietom–pastorom, a nawet nie potępiają już aktywnego homoseksualizmu, o ile dotyczy w miarę stałych związków. Wraz z narastaniem różnic, poszerza się zatem siłą rzeczy zakres kwestii określanych jako „drugorzędne” (bo pojawiają się co do nich różnice poglądów), zaś zbiór spraw „istotnych” (co do których panuje zbieżność poglądów) nieustannie się kurczy. Właściwie trudno już nawet określić, co dokładnie można by uznać za naprawdę ważne, skoro zgody nie ma nawet co do samego sedna chrześcijaństwa: wiary w fizyczne zmartwychwstanie Pana Jezusa oraz tego, za kogo właściwie umarł (za wszystkich czy za wybranych), i jaki charakter miała Jego ofiara (np. czy cierpiał potępienie i odrzucenie przez Ojca).

A CO JEST WAŻNE DLA KATOLIKÓW?

A jak jest z katolikami? Jakie skutki pociąga rozstrzyganie przez Kościół, co jest istotne, i budowanie jedności wokół tych rozstrzygnięć?

(i) Ponieważ doktryna katolicka stale się rozwija i uszczegóławia, zatem zakres spraw, co do których panuje jedność poglądów, z biegiem czasu się poszerza, a nie maleje w kierunku zbioru pustego.

(ii) Po drugie, na przestrzeni dziejów Kościoła wyraźnie widać, że w pierwszej kolejności rozstrzygane były rzeczy naprawdę istotne – kim jest Chrystus i Duch Święty; jaka jest natura sakramentów; które księgi są natchnione przez Boga, itp. Dlatego rozstrzygnięcia chrystologiczne o wiele wieków wyprzedzają rozstrzygnięcia mariologiczne. Ponadto, pojawienie się różnic poglądów co do jakiejś kwestii nie powoduje wypchnięcia jej spośród spraw ważnych (jak w protestantyzmie), ale raczej skłania Kościół do jednoznacznej wypowiedzi doktrynalnej, a więc jeszcze silniejszego umocowania tej kwestii w zbiorze spraw istotnych. Tak było chociażby z kwestią kapłaństwa kobiet. Pojawienie się w XX wieku wątpliwości w tej mierze doprowadziło do ostatecznego i nieomylnego rozstrzygnięcia tej sprawy przez Kościół z papieżem na czele.

Ale co począć z tym, że wielu katolików kwestionuje różne elementy wiary Kościoła i to ze zbioru spraw istotnych? Otóż i tutaj sytuacja jest znacznie bardziej klarowna niż przy ocenie protestantów, którzy równie często, a może nawet częściej, kontestują nauczanie swoich denominacji. Dokumenty Kościoła pozwalają bowiem jednoznacznie ocenić, kiedy to, co głoszą ludzie mieniący się katolikami, czy też to, co wyznają, wykracza poza doktrynę katolicką, a więc jest sprzeczne z Bożym objawieniem. Ludzie ci mogą też sobie głosić takie rzeczy prywatnie, ale szybko tracą możliwość publicznego głoszenia swych osobistych, niekatolickich poglądów jako nauki Kościoła.

JEDNOŚĆ WIARY

Zamysłem Bożym z pewnością nie było rozbicie doktrynalne chrześcijan:

Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który [jest i działa] ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. [Ef 4, 5-6]

Protestanci nie są jednak w stanie choćby zbliżyć się do takiej jedności wiary i nauczania, jaką zaprezentowano na kilkuset stronach Katechizmu Kościoła Katolickiego. A przyczyną tego jest brak czytelnego i niezależnego od bieżącej sytuacji autorytetu, który precyzyjnie określiłby, które kwestie są istotne, i podał dla nich wiążące rozstrzygnięcia. Takim zewnętrznym autorytetem może być wyłącznie Bóg – działający poprzez Kościół, który utworzył i w którym jest stale obecny.

Meandry egzegezy

W podejściu protestanckim, które zakłada odwołanie się do samej Biblii (kosztem roli Kościoła), podkreśla się zwykle, że człowiek, który podchodzi do lektury Pisma Świętego ze szczerym sercem i jest otwarty na działanie Ducha Świętego, musi jedynie stosować się do zbioru określonych zasad interpretacji (czyli egzegezy), a z pewnością dojdzie do „właściwego” odczytania Pisma Świętego.

Zasady interpretacji próbuje się przy tym różnie formułować, ale zwykle chodzi o:
– uwzględnienie bliższego i dalszego kontekstu analizowanego fragmentu,
– porównanie danego fragmentu z innymi, analogicznymi miejscami w Biblii,
– uwzględnienie odbiorców, do których jest kierowany,
– określenie charakteru fragmentu (dosłowność, przypowieść, alegoria, itp.),
– uwzględnienie znaczeń poszczególnych wyrazów w językach oryginalnych (grece, hebrajskim czy aramejskim).

Jednak najbardziej fundamentalną zasadą protestanckiej egzegezy – która wypływa wprost z głoszonego poglądu, że Biblia jest właściwie całkiem jasna i zrozumiała, a także sama się objaśnia – jest to, że nie należy do danego tekstu „wtłaczać” więcej, niż w nim jest, a generalnie należy dążyć do w miarę nieskomplikowanego odczytywania poszczególnych fragmentów. Innymi słowy, choć bogaci w wiedzę historyczną i lingwistyczną, powinniśmy starać się zwyczajnie przyjmować to, co jest napisane wprost, nie szukając nadmiernie udziwnionych wyjaśnień. W wewnętrznych dyskusjach między protestantami – np. wyznającymi wiarę w klasycznie rozumianą Trójcę Świętą a różnymi odłamami antytrynitarian – wszelkie próby zbyt skomplikowanego wyjaśnienia niewygodnych dla danej strony cytatów spotykają się często od razu z zarzutem „manipulowania Słowem Bożym”.

Taki zarzut spotyka także katolików, zwłaszcza gdy powołują się na nieco bardziej złożone rozumienie danych fragmentów w tradycji Kościoła. Na przykład kiedy próbują argumentować, że starotestamentalny zakaz sporządzania wizerunków jest w istocie częścią składową pierwszego przykazania i dotyczy wyłącznie rzeźb i obrazów traktowanych jako bożki (zwłaszcza że w późniejszych czasach sam Bóg polecał sporządzać rzeźby i obrazy dla celów kultowych), odpowiedź protestancka zwykle brzmi, że to przeinaczanie Słowa Bożego przez Kościół, a przecież zakaz jest prosty i czytelny, i w pełni obowiązuje również chrześcijan.

Protestancka koncepcja jak najbardziej prostolinijnego podejścia do Pisma Świętego załamuje się jednak całkiem niespodziewanie w jednej, fundamentalnej dla życia chrześcijańskiego kwestii – Wieczerzy Pańskiej czyli Eucharystii. W tym przypadku, optyka protestancka zmienia się nagle diametralnie, a w celu wyjaśnienia ewidentnej, opisanej w jasnych i precyzyjnych słowach sceny, zaczyna się nagle poszukiwać najbardziej karkołomnych i udziwnionych wyjaśnień.

Oto w scenie Ostatniej Wieczerzy opisanej w trzech Ewangeliach (a dodatkowo przez św. Pawła), Chrystus spożywa z uczniami Paschę i nagle zaburza ustalony od wielu wieków porządek tego najważniejszego dla Żydów obrzędu. Podaje im chleb do spożycia mówiąc, że to Jego ciało, oraz kielich z winem, stwierdzając, że to Jego krew. Co więcej, nakazuje im, żeby w przyszłości stale tę czynność powtarzali.
Jeżeli chodzi o poszukiwanie analogii z innymi fragmentami Ewangelii, to takie próby kompletnie zawodzą, bo Chrystus nie mówi tu o sobie. On podaje chleb i wino i o nich stwierdza, że to Jego ciało i krew. Nie ma żadnego innego fragmentu Ewangelii, który byłby w jakikolwiek sposób do tego zbliżony. W odniesieniu do siebie Chrystus oczywiście stosował liczne alegorie, tzn. kiedy uczniowie na Niego patrzyli, porównywał się do różnych postaci (Dobry Pasterz, król, siewca) czy nawet rzeczy (brama owiec, winny krzew), ale nigdy nie postępował odwrotnie – tzn. nie dokonywał personifikacji rzeczy, które mieli przed oczami apostołowie! Nie mówił: „Ten winny krzew to Ja” bądź „Ta droga, którą tu widzicie, to Ja”.
Także bezpośredni i dalszy kontekst, niezwykle ważny w egzegezie, nie pozwala na jakiekolwiek odczytanie symboliczne tej sceny. Rozgrywa się ona bowiem na koniec wieczerzy, tuż przed męką. Jezus jest wśród uczniów obecny fizycznie, więc po cóż miałby używać chleba i wina (zwłaszcza po wieczerzy, kiedy byli już posileni), żeby ich umocnić symbolicznie? Jednocześnie, kwestia ustanowienia obrzędu „łamania chleba” jest tak ważna, kluczowa i fundamentalna w zamyśle Bożym, że właśnie to – a nie cokolwiek innego – Chrystus chce przekazać uczniom, nim umrze na krzyżu. Czy gdyby miała to być obecność symboliczna i duchowa (jak choćby wtedy, gdy dwóch czy trzech jest zebranych w Jego imię), to tuż przed męką kładłby aż taki nacisk na ustanowienie tego przedziwnego obrzędu?

Symboliczna interpretacja Wieczerzy Pańskiej wymaga w istocie zawieszenia na kołku wszelkich protestanckich zasad egzegezy, bo w tym punkcie całkowicie zawodzą. A raczej nie zawodzą, tylko prowadzą do „niewłaściwych”, bo katolickich wniosków. Dlaczego zatem przyjęcie prawdy o Eucharystii, wyrażonej tak dobitnie i jednoznacznie w Piśmie Świętym, napotyka aż taki opór, że lepiej zaprzeczyć własnym zasadom egzegetycznym, niż ją przyjąć? Z jednej strony, Eucharystia to cud chyba jeszcze trudniejszy do ogarnięcia umysłem niż zmartwychwstanie. Z drugiej strony, przyjęcie pełni prawdy o Eucharystii implikuje przyjęcie prawdy o kapłaństwie, a tym samym o strukturze Kościoła jako wspólnoty chrześcijan o zróżnicowanych rolach i funkcjach. Jest więc dla wielu protestantów jak pierwszy spośród ustawionych w rzędzie kawałków domina – wiedzą dokładnie, iż jeśli on się przewróci, to runą też następne.

Czasem niektórzy katolicy uważają, że największą szkodą wyrządzaną przez braci odłączonych jest sianie zamętu doktrynalnego i burzenie jedności. W wymiarze społecznym zapewne tak jest. Jednak w wymiarze jednostkowym, największą szkodą jest pozbawienie setek tysięcy chrześcijan największego daru, jaki zostawił nam Chrystus – Jego Ciała i Krwi, którymi pragnie nas stale umacniać. Na szczęście Duch Święty budzi w braciach odłączonych pragnienie współudziału w tym darze. Protestanci dochodzący do pełnej jedności z Kościołem wśród 10 najważniejszych powodów swojej decyzji na pierwszym miejscu najczęściej wskazują… głód Eucharystii.

Historia chrześcijaństwa wg protestantów

Historia chrześcijaństwa

Historia chrześcijaństwa według współczesnych protestantów ewangelikalnych
(zaczerpnięte ze strony Kościoła Prezbiteriańskiego w Ameryce – amerykańskich kalwinistów)

Pięciodniowy katolik

Lawrence Auster urodził się w 1949 roku, w rodzinie żydowskiej, niedaleko Nowego Jorku (największe skupisko społeczności żydowskiej w USA). Po ukończeniu studiów poświęcił się publicystyce. Wydał kilka książek, pisywał artykuły i przez wiele lat prowadził popularny blog VFR – View from the Right (Widok z prawej). Pisał o problemach wynikających z nadmiernej imigracji i utopii wielokulturowości. Daleki od politycznej poprawności, często narażał się lewicowym elitom, które nie szczędziły mu tradycyjnych i znanych także z polskiego podwórka oskarżeń o rasizm, ksenofobię i faszyzm (jedynie antysemityzmu z oczywistych względów nie sposób było mu zarzucić). Doczekał się strony na angielskiej Wikipedii.

Mając blisko 50 lat, przyjął chrzest w Kościele Episkopalnym (amerykański nurt anglikanizmu). Jednak już po kilku latach mocno rozczarował się do instytucjonalnego chrześcijaństwa, kiedy episkopalianie zatwierdzili wybór Gene’a Robinsona – zdeklarowanego homoseksualisty, który dla kochanka porzucił żonę i dzieci – na biskupa, a następnie coraz bardziej rozmiękczali tradycyjne nauczanie chrześcijańskie w duchu panseksualizmu.

Ubiegłej zimy wykryto u Austera raka trzustki. Bloger nigdy nie założył rodziny, ale w obliczu choroby nie został sam – zajęli się nim głęboko wierzący, katoliccy przyjaciele. Zamieszkał w ich domu w Pensylwanii.

Przyjaciele wiedzieli, że Auster poważnie zastanawiał się nad „opcją katolicką”, chociaż nie podjął w tym kierunku żadnych konkretnych działań. Aby ułatwić mu ostateczne rozważenie tej kwestii, wyszukali w Internecie stronę katolickiego Ordynariatu dla wiernych wywodzących się z tradycji anglikańskiej. Mimo, że na obszarze Stanów Zjednoczonych i Kanady ta raczkująca struktura obejmuje oficjalnie dopiero 27 wspólnot, szczęśliwie jedna z nich, Parafia św. Michała Archanioła, znajduje się w stolicy Pensylwanii – Filadelfii. Przyjaciele Austera skontaktowali się z opiekującym się tą wspólnotą ks. Davidem Ousleyem, który bez zwłoki odwiedził chorego blogera. Mimo wyczerpującej chemoterapii, Auster zachował pełną jasność umysłu. Ustalili z księdzem listę lektur i tematów dotyczących różnic między anglikanizmem a katolicyzmem, które mieli poruszyć w najbliższych miesiącach. Ks. Ousley, który przed przejściem ze swoją parafią do Ordynariatu był przez wiele lat duchownym anglikańskim, wspomina, że bardzo cieszył się perspektywą tych spotkań.

Jednak w okresie Wielkiego Postu stan blogera zaczął się pogarszać. W tej sytuacji, poprosił ks. Ousleya o niezwłoczne przyjęcie do Kościoła Katolickiego. Uznał bowiem, że całym sercem wierzy, że Kościół Katolicki został założony przez Chrystusa, a przez Ducha Świętego jest strzeżony od błędu w przekazie wiary. Wobec uznania tej nadrzędnej prawdy, wątpliwości w kwestiach drugorzędnych przestały mieć znaczenie, bo Auster i tak był gotów przyjąć wyjaśnienia katolickie. W tegoroczną Niedzielę Palmową, w szpitalu, w którym przebywał, złożył uroczyste wyznanie wiary i przyjął sakramenty bierzmowania, Eucharystii i namaszczenia chorych. W Wielki Poniedziałek odpisał na kilka wiadomości, po czym zamknął spracowany laptop marki Lenovo ze słowami: „Na razie, wystarczy”; cały czas miał bowiem nadzieję, że w pobliżu Wielkanocy wróci do domu przyjaciół. W kolejnych dniach poczuł się jednak bardzo osłabiony i przez większość czasu spał. Odszedł do Pana w dzień wspomnienia Jego śmierci – w Wielki Piątek, około czwartej nad ranem.

Liturgia pogrzebowa w katolickim rycie anglikańskim była sprawowana w Parafii św. Michała, której członkiem Lawrence Auster był ledwie pięć dni. W tradycji anglikańskiej (a zatem i katolickiego Ordynariatu) parafie są znacznie mniejsze i z reguły wszyscy się w nich znają. W biuletynie parafialnym Ks. Ousley wyjaśnił zatem wiernym, kim był zmarły współparafianin, którego nigdy nie mieli okazji spotkać na mszy.

Wierni czytelnicy VFR założyli Towarzystwo im. Lawrence’a Austera, ale historia jego nawrócenia nawet w USA pozostaje szerzej nieznana.

Śp. Lawrence Auster


ks. David Ousley w otoczeniu parafian

Konwertytka rekordzistką Guinnessa?

W czasie tegorocznej Wigilii Paschalnej, w Baltimore, w Stanach Zjednoczonych, do pełnej jedności z Kościołem Katolickim została przyjęta Catherine Bellis, która ma 101 lat. Jest prawdopodobnie najstarszą konwertytką we współczesnej historii amerykańskiego katolicyzmu. Wraz z nią, katolikami zostało kilkadziesiąt osób z episkopalnej Parafii św. Tymoteusza (w przeciwieństwie do parafii katolickich, w tradycji anglikańskiej parafie liczą zwykle około 100 osób).

W lutym, po około rocznym okresie rozeznawania woli Bożej, parafianie podjęli niemal jednogłośną decyzję o opuszczeniu Kościoła Episkopalnego (grupującego amerykańskich anglikanów) i przejściu na katolicyzm. Do ich decyzji niewątpliwie przyczyniło się stopniowe odchodzenie Kościoła Episkopalnego od tradycyjnego nauczania chrześcijańskiego w kwestiach wiary i moralności. Przedstawicielom parafii zapowiedziano między innymi, że będą się u nich musiały odbywać ceremonie „ślubne” dla osób tej samej płci. Wierni są przygotowani na to, że o ile nie uda im się wynegocjować z diecezją episkopalną umowy najmu kościoła, to będą się musieli przenieść w inne miejsce. Wraz ze swoimi parafianami, katolikiem został pastor Terry Sweeney (żonaty od 30 lat, ojciec dwójki dzieci), który jest obecnie kandydatem do święceń w Kościele Katolickim.

Przechodzenie całych parafii anglikańskich do Kościoła Katolickiego, z zachowaniem ich spoistości jako wspólnot, stało się możliwe po wydaniu przez Benedykta XVI konstytucji apostolskiej Anglicanorum Coetibus (łac. „grupy anglikanów”). Wcześniej możliwe były konwersje indywidualne. Obecnie, w Stanach Zjednoczonych (wraz z Kanadą), Wielkiej Brytanii oraz Australii istnieją specjalne Ordynariaty dla wiernych wywodzących się z tradycji anglikańskiej. Funkcjonują one na prawach diecezji i grupują wydzielone parafie, które choć wyznają wszystkie prawdy wiary katolickiej i pozostają w pełnej jedności z papieżem, to zachowują wiele dotychczasowych tradycji anglikańskich (zwłaszcza liturgicznych i chóralnych), w szczególności możliwość wyświęcania żonatych mężczyzn na kapłanów. W rejonie Baltimore (stolica stanu Maryland), do amerykańskiego Ordynariatu, który istnieje ledwie kilkanaście miesięcy, włączyły się już wcześniej dwie inne parafie. Niedaleko od Parafii Św. Tymoteusza mieści się też klasztor Sióstr Wszystkich Świętych od Ubogich, które już w 2009 roku przeszły wspólnie z anglikanizmu na katolicyzm.

Pani Bellis była związana z Parafią św. Tymoteusza przez całe swoje długie życie. W tym kościele została ochrzczona i tam poznała męża (który śpiewał w chórze). Doczekała się z nim ośmiorga dzieci. W parafii przez wiele lat uczyła w szkółce niedzielnej i udzielała się w bractwie ołtarza. Jednak kiedy doszło do ostatecznego głosowania, stujednolatka nie miała wątpliwości.

– Spędziłam tu całe życie i kiedy zastanawiałam się, co dalej, Pan oznajmił mi, jaką decyzję powinnam podjąć – oznajmiła na spotkaniu parafialnym. – Badałam stan swojej duszy i modliłam się o odpowiedź, czy powinnam opuścić wspólnotę, w której się wychowałam, i przystąpić do Kościoła Katolickiego. Wtedy Pan powiedział: „Zrób to!” A kiedy Pan coś do mnie mówi, po prostu staram się to jak najlepiej wykonać.

Pani Bellis ze zwierzchnikiem Ordynariatu dla katolików tradycji anglikańskiej, który przyjął ją do Kościoła Katolickiego

Biblia jako złoty cielec

BIBLIJNE BAŁWOCHWALSTWO

Stwierdzenia typu „Biblia jest nieomylna” bądź „Biblia jest ostateczną instancją, do której można się odwołać” pojawiają się bardzo często w wypowiedziach protestantów dotyczących Pisma Świętego. Zdumiewa w nich nie tyle treść, co forma – swoista antropomorfizacja, czyli traktowanie Biblii jak osoby.

To Bóg jest nieomylny, a nie Biblia. Pismo Święte nie powstało też w akcie stwórczym Boga. Nie jest nawet bezpośrednim zapisem Jego słów wypowiedzianych do ludzi. Duch Święty nie dyktował jej słowo w słowo poszczególnym autorom. Księgi Biblii spisali ludzie, a Duch Święty jedynie natchnął ich (współpracował z nimi), aby przekazali tę naukę, którą Bóg chciał przekazać. Zatem traktowanie Biblii jak żywego, samodzielnego bytu – niemal jak czwartej Osoby Boskiej – jest zupełnym nieporozumieniem, a wręcz bałwochwalstwem.

Owszem, jak wspomniano w poprzednim poście, Bóg działa poprzez Pismo Święte. Jest ono zatem „żywe”, lecz wyłącznie w tym sensie, że Bóg wykorzystuje Biblię, by poruszyć i przemienić serce tego, kto ma z nią kontakt. W podobny sposób Bóg działa w czasie modlitwy czy poprzez sakramenty – one też są „żywe”, lecz nikt nie próbuje im przypisywać cech osobowych.

To rozróżnienie spotykamy już w Księdze Wyjścia:

I zdjął cały lud złote kolczyki, które miał w uszach, i zniósł je do Aarona. A wziąwszy je z ich rąk nakazał je przetopić i uczynić z tego posąg cielca ulany z metalu. I powiedzieli: «Izraelu, oto bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej». A widząc to Aaron kazał postawić ołtarz przed nim i powiedział: «Jutro będzie uroczystość ku czci Pana». Wstawszy wcześnie rano, dokonali całopalenia i złożyli ofiary biesiadne. [Wj 32, 3-5]

Złoty cielec nie był posągiem ku czci Baala, lecz wyobrażeniem Pana. Grzechem Izraelitów nie było zatem „cudzołożenie” z innymi bogami, ale zamknięcie prawdziwego Boga w materialnym przedmiocie. Dzisiejsze obrazy czy posągi są dla nas jedynie wyobrażeniem Boga, zwracającym ku niemu nasze myśli; jednak złoty cielec nie był dla Izraelitów wyobrażeniem Boga, ale Bogiem jako takim. Oni nie składali przed nim ofiar na cześć Pana – oni składali ofiary jemu jako Panu. Nadali zatem złotemu cielcowi cechy osobowe i przymioty Boskie – w pełni prawdziwe, bo to istotnie Pan wyprowadził ich z ziemi egipskiej, lecz zarezerwowane dla Boga, którego nie da się zredukować do złotego cielca.

Podobnie może się stać z Biblią. Dopóki traktujemy ją jako swoiste medium, poprzez które działa i przemawia Bóg, mieścimy się w zaplanowanych przez Boga ramach. Kiedy jednak to Biblii jako takiej zaczynamy nadawać przymioty Boskie, stajemy się bałwochwalcami. Umieszczamy Biblię na złotym tronie w miejsce samego Boga, a choć Biblia zawiera przekazane nieomylnie Słowo Boże, to Boga nie wyczerpuje i Bogiem nie jest.

BIBLIJNA UTOPIA

W kategoriach czysto ludzkich, określanie Biblii jako ostatecznej instancji o cechach osobowych jest zwyczajnie utopijne. Biblia nie jest wyrocznią, której możemy zadawać pytania. Do każdego jej egzemplarza nie jest dołączona magiczna tabliczka, która wyświetla odpowiedź „tak” lub „nie” na każde zadane pytanie.

Sprawa byłaby prosta, gdyby Biblia miała strukturę encyklopedii, katechizmu czy słownika. Takie książki są czytelnie podzielone na rozdziały i hasła, a autorzy dokładają wszelkich starań, żeby jasno i bez wątpliwości wyłożyć poszczególne tematy. Istotnie, można w nich stosunkowo łatwo znaleźć konkretne i rzeczowe odpowiedzi na większość pytań.

Jednak Pismo Święte ma zupełnie inną strukturę: to zbiór ksiąg różnych autorów, o różnym i przenikającym się zakresie tematycznym, które nie powstawały z myślą o jednolitym wykładzie wiary i moralności. Wersety dotyczące fundamentalnych dla chrześcijanina kwestii znajdujemy w wielu różnych miejscach i często wydają się one ze sobą sprzeczne. Do wielu ważnych zagadnień brak szerszego komentarza czy wyjaśnienia. Ze względu na styl Pisma Świętego pojawiają się wątpliwości, co traktować dosłownie, a co jako symbol czy przenośnię; co ma charakter ponadczasowy, a co jest jedynie przemijającym nakazem kultowym. Biblia nie powstała jako klarowne kompendium wiedzy o Bogu.

W odpowiedzi często pojawia się twierdzenie, że „Biblia jest całkiem jasna i zrozumiała w zasadniczych kwestiach”, a jeżeli jednak nie jest, to „Biblia interpretuje Biblię” (tzn. jedne fragmenty Biblii dostarczają wystarczającej interpretacji innych). Jednak jest to wyłącznie myślenie życzeniowe. Choć wiele fragmentów Biblii jest zrozumiałych nawet dla małych dzieci, to inne budzą zażarte i niegasnące dysputy. Do pewnego stopnia można było jeszcze wierzyć w tezę o samoobjaśnianiu się Pisma Świętego na początku ruchu reformacyjnego, lecz dzisiejsza rzeczywistość podziałów w łonie protestantyzmu dobitnie jej zaprzecza. Ci, co szczerze szukają w Biblii rozwiązania nurtujących ich kwestii, znajdują kompletnie inne odpowiedzi. A nie są to bynajmniej kwestie drugorzędne, bo dotyczą nawet tak podstawowych dla życia chrześcijańskiego zagadnień jak boskość Chrystusa, znaczenie chrztu czy też możliwość utracenia łaski (zbawienia).

Oczywiście możemy w Biblii poszukiwać rozstrzygnięcia wątpliwości, ale jeżeli w imię najwyższego autorytetu Pisma Świętego odrzucimy wszelki zewnętrzny autorytet interpretacyjny, to w istocie nie Biblia będzie nam dostarczać odpowiedzi (bo nie jest osobą, żeby mogła to robić), lecz zaczniemy udzielać ich sobie sami – sami decydując, która z wielu możliwych interpretacji Pisma Świętego nas w danym momencie przekonuje.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.