Skip to content

Romanocentryzm

10/03/2013

Kiedy słucha się kazań pastorów, zwłaszcza ewangelikalnych, to z reguły nie potrafią się oni powstrzymać od rzucanych jakby mimochodem uszczypliwych odniesień do Kościoła Katolickiego. Co ciekawe, nie działa to w drugą stronę. W treści homilii katolickich niezmiernie rzadko spotyka się jakiekolwiek nawiązania do protestantyzmu. I nie dotyczy to wyłącznie Polski. W Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieje swoista równowaga między katolikami a protestantami, jest dokładnie tak samo: księża katoliccy zwykle znacznie mniej czasu poświęcają błędom protestantyzmu niż pastorzy protestanccy błędom, które ich zdaniem cechują katolicyzm.

Także wielu szeregowych protestantów stale doskonali argumenty przeciw katolicyzmowi. Dyskusje z katolikami zaczynają czasem uważać za ewangeliczne posłannictwo. Zwykle koncentrują się przy tym na pewnych typowych tematach, takich jak zarzut zyskiwania zbawienia uczynkami, tworzenie obrazów i posągów, cześć oddawana Matce Bożej i świętym czy grzeszność wielu papieży (jako argument przeciw czuwaniu Ducha Świętego nad przekazem wiary w Kościele Katolickim), a czasem jeszcze spowiedź sakramentalna czy „kult opłatka”. Bardziej zaawansowani w kwestiach doktrynalnych, jeśli trafią na rozmówcę na odpowiednim poziomie, dorzucają jeszcze do tego rzekomą zmienność nauki katolickiej, przy czym i w tym wypadku lista zarzutów jest raczej wąska i najczęściej obejmuje zbawienie heretyków, limbus czy wolność religijną. Jeżeli dyskusje merytoryczne nie przynoszą rozstrzygnięcia, to często dyskusja schodzi na antykatolickie mity historyczne, takie jak diabelska inkwizycja, wspieranie Hitlera w czasie wojny, rzeź Indian, krwawe prześladowania protestantów, palenie czarownic czy też nieco bardziej fantastyczne, jak założenie Kościoła Katolickiego przez Konstantyna czy zakaz czytania Biblii (wszystkie, jak Bóg pozwoli, zostaną stopniowo na tym blogu omówione).

Zachowanie większości katolików wierzących i świadomych tego, w co i dlaczego wierzą, jest najczęściej odmienne. Uwierzywszy, że Chrystus działa poprzez widzialny Kościół (Katolicki), koncentrują się raczej na zgłębianiu nauki tegoż Kościoła niż na dysputach teologicznych z protestantami, które traktują generalnie jako jałowe. Tym zajmują się tylko nieliczni – i to przeważnie z pobudek apologetycznych, tj. dla prostowania błędnych wyobrażeń o Kościele Katolickim, a nie dla nawracania protestantów. Dysproporcja w liczbie chętnych do polemik doktrynalnych staje się jeszcze bardziej widoczna, gdy uwzględnimy liczebność protestantów i katolików w Polsce (nawet zawężając liczbę tych ostatnich do członków ruchów i stowarzyszeń katolickich czy ludzi w inny sposób głęboko zaangażowanych w życie Kościoła).

Jak nie ma chętnych do rozmowy katolików, protestanci często spierają się między sobą. W pewnym sensie nie odbiegają w tym od katolików, których też rozgrzewają „dyskusje w rodzinie”, choćby między tradycjonalistami a zwolennikami bardziej nowoczesnych form liturgii czy też na tematy ideałów życia małżeńskiego i rodzinnego. Z tym, że przedmiot tych sporów i charakter argumentów jest odmienny. U katolików dyskusje dotyczą generalnie praktyki życia chrześcijańskiego, podczas gdy u protestantów przeważają spory doktrynalne: między unitarianami a wierzącymi w Trójcę Świętą, między zwolennikami predystynacji a arminianami (czyli, upraszczając, między tymi, którzy wierzą, że Bóg niektórych wybiera do zbawienia, a tymi, którzy sądzą, że Bóg pragnie zbawienia wszystkich) bądź między zwolennikami a przeciwnikami chrzczenia dzieci. Jako że protestanci na własnym podwórku są zaprawieni do obrony swoich pozycji doktrynalnych (podważanych przez innych protestantów), to trudno im czasem zrozumieć, że dla katolików znajomość argumentacji przemawiającej za poszczególnymi dogmatami nie ma aż takiego znaczenia; katolicy, bowiem, wierzą nie tyle osobno w każdą konkretną prawdę wiary, lecz zbiorczo przyjmują autorytet założonego przez Chrystusa Kościoła w nieomylnym rozstrzyganiu zawiłości doktrynalnych.

W dyskusjach między katolikami a protestantami jest jeszcze jedna widoczna różnica we wzajemnym nastawieniu. Z punktu widzenia protestantów, katolicy grzeszą w nich często pychą, bo głoszą poglądy z nie dopuszczającym żadnych wątpliwości przekonaniem. Wynika to oczywiście z tego, że podświadomie czują za sobą nieomylny autorytet Kościoła – z tym że nie powinno to być nigdy usprawiedliwieniem dla traktowania rozmówcy z góry. Jednak u protestantów często pojawia się inny element: z trudem skrywana niechęć do „bałwochwalców”. Jeżeli katolicki rozmówca potrafi przystępnie i zrozumiale wyjaśnić, z jakich przesłanek wynika nauczanie Kościoła Katolickiego, to w wielu wypadkach dochodzi do erupcji inwektyw, a generalna niechęć protestantów ustępuje czasem miejsca szczerej i gwałtownej nienawiści. Choć takie postawy zdarzają się niekiedy i po katolickiej stronie, to jednak nie ma tu symetrii. Czy to w Polsce, czy w USA nie tak łatwo spotkać katolików, także wśród konwertytów z protestantyzmu, którzy by tak emocjonalnie podchodzili do protestantów. Wystarczy jednak wejść na pierwsze lepsze forum protestanckie, by napotkać ludzi, którzy wprost tryskają jadem wobec Kościoła Katolickiego. Najczęściej wywodzą się oni spośród tych, którzy niegdyś byli nominalnymi katolikami.

Skąd zatem bierze się u licznych protestantów ta potrzeba ciągłego określania się względem katolicyzmu, czyli właśnie ów tytułowy romanocentryzm, który w skrajnych przypadkach przybiera znamiona obsesji? Nasuwają się tu dwa wyjaśnienia: ludzkie i Boże.

(i) Katolicy wierzą, że ich Kościół jest tym jedynym widzialnym Kościołem, który trwa w nieprzerwanej ciągłości od czasów Jezusa i apostołów. Doświadczając owoców więzi z Bogiem w swoim życiu nie odczuwają zatem dodatkowej potrzeby uzasadniania, że ich wybór denominacji jest tym właściwym. Wynika to bowiem dla nich z samego bycia katolikiem. Natomiast z bycia protestantem jeszcze nie wynika, że wspólnota, z którą dana osoba jest aktualnie związana, jest na pewno najbliższą prawdy wspólnotą chrześcijańską na świecie. Typowe dla wielu protestantów są kolejne zmiany denominacji w miarę, jak ewoluują ich poglądy teologiczne. Fora protestanckie pełne są byłych adwentystów, byłych arminian czy byłych zielonoświątkowców, którzy po pewnym czasie przeszli na inne pozycje w ramach protestantyzmu. W tej sytuacji kluczowym wyróżnikiem bycia protestantem staje się nie przynależność do danej wspólnoty denominacyjnej (uznawana za mniej lub bardziej tymczasową), ale raczej bycie nie-katolikiem. Stąd potrzeba potwierdzania swojego wyboru poprzez ciągłe odcinanie się od katolicyzmu, niestety często według schematu:

Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten katolik – Ups! – jak ten celnik. [Łk 18,11]

(ii) Istnieje jednak także drugie, bardziej pozytywne wyjaśnienie. Otóż jako chrześcijanie zakładamy stały dialog Boga z człowiekiem, stałe delikatne podsuwanie przez Boga pewnych tropów, które mają nas doprowadzić tam, gdzie On chce. Można zatem wierzyć, że ów uporczywy romanocentryzm, nawet jeżeli przepełniony negatywnymi emocjami, jest w istocie widzialnym efektem działania Ducha Świętego, który w naturalny sposób budzi w chrześcijanach tendencje dośrodkowe i czasem nie w pełni uświadomione pragnienie jedności. Czasem nie sposób oprzeć się wrażeniu, że potrzeba ciągłego negatywnego definiowania się względem Kościoła Katolickiego może być w istocie zewnętrzną oznaką pewnego wewnętrznego i nie w pełni uświadomionego niepokoju – wzbudzanego przez Ducha Świętego – który będzie trawić duszę człowieka dotąd, dopóki nie wróci do domu. Liczne świadectwa amerykańskich protestantów, którzy doszli do pełnej jedności z Kościołem Katolickim, zdają się to potwierdzać. U wielu z nich, proces konwersji zaczął się bowiem od studiowania nauki katolickiej po to, by ją jeszcze skuteczniej zwalczać. Odczuwali oni gwałtowną potrzebę nawracania katolików z ich błędów, lecz im dłużej to czynili, tym bardziej Duch Święty obalał ich fałszywe wyobrażenia.

Cieszmy się zatem i radujmy, gdy dostrzegamy u braci odłączonych objawy romanocentryzmu – nawet przybierającego formę agresywnego zwalczania nauki Kościoła Katolickiego – dostrzegając w tym paradoksalnie działanie Ducha Świętego i pamiętając, że Bogu mili są właśnie ci, którzy reprezentują skrajne postawy (zimni i gorący), bo o ile szczerze wsłuchują się w Jego wolę, to On sam z czasem doprowadzi ich do pełni jedności.

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: